niedziela, 12 czerwca 2016

ahoj przygodo!

to było tak:

jest ciepło - duszno, parno - na pewno będzie padać,
jedziemy na festyn, pierwszy tego lata plus niedaleko (super bo dwie mamy i czworo dzieci)








fajnie fajnie dużo się dzieje - są dmuchańce, trampoliny, lody, wóz strażacki do zwiedzania i inne







dmuchańce zaliczone,
malowanie twarzy musi być. Oli nie chce
Oli chce loda.
Hania na malowaniu, Oli z lodem.
Hania widzi, że Oli a loda no to foch, płacz, krzyk, lament.
Zaczyna kropić.
Postanawiamy przenieść sie na plac zabaw, bo wystarczy wydawania i może jakiś lunch gdzieś.





10 minut na placu zabaw - Oli wszystkim dokucza.
Zaczyna mocniej padać.
W okolicy jest tylko Fish and Chips, Costa, piekarnia i pare spożywczych - wszędzie tam to czego unikamy.
Idziemy szybkim krokiem do pobliskiego supermarketu.
Tam kanapki, pączki itp itd lub też gotowe zimne dania. Wspaniale!
Monia z chłopakami siedzą pałaszują a my się kręcimy w nadziei, że znajdę nie szajs do zapchania dzieci mych. Mam jogurty nasz ukochane  i batony musli.
Siadam, rozdaję. Chaos, zamieszanie, dzieciaki jedzą, szaleją.
Mam dość, nie będę jeść, byle szybko zjadły i do wyjścia i do domu. Koniec wycieczki.
Zjedzone. Otwierają się drzwi - ulewa, nawałnica. Szans, że zaraz ustanie  - zero.
Co tu robić? Musimy iść, bo rozniosą sklep a niewiadomo jaki czas czekania.
Idziemy. MASAKRA. 5 minut przemoknięci totalnie. Do przystanku dobre 10 minut spacerkiem. Zimno, mokro.








Jesteśmy w domu.
30 minut później rozpogadza się....


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz