niedziela, 26 czerwca 2016

foto my


godzinę po godzinnym składaniu taty



resztka Monopola




 ciuciubabko- zombi



 wymalowana lala


wymalowana lala #2


nasza ciocia z coraz większą dzidzią <3







Dawno nie pisałam co u nas, a więc:

Oliński od maja nie chodzi do przedszkola. Histeryzował każdego jednego dnia gdy miał tam iść, mnie serce wyrywało się z piersi, czułam, że coś jest nie tak a jednocześnie musiałam Go zostawiać/ wpychać na siłę rzez drzwi i pędzić do pracy. Aż pewnego razu napomknął Michałowi, że ktoś mu robi krzywdę i decyzja została ekspresowo podjęta. Po rezygnacji z przedszkola, Olek był w stanie emocjonalnym ciężkim - nie chciał wychodzić na dwór, bał i boi się nadal obcych. Wobec czego nawet nie podjęliśmy prób by znaleźć nowe miejsce. Zaczął się sezon "pokryć urlopowych", więc w czerwcu pracuję jak na pełnym etacie, Michał z doskoku a Oli z nim, więc przeszczęśliwy.
Dodam, że doświadczamy braku lata tego lata. Mistrzostwa = mecze, mecze, mecze. Referendum - zaduma, nad tym co teraz będzie? (powrót, kolejna emigracja, kiedy, gdzie, jak wszystko zaplanować, co począć)
Komplikacje wszechstronne, nie nudzimy się.

niedziela, 12 czerwca 2016

foto my













ahoj przygodo!

to było tak:

jest ciepło - duszno, parno - na pewno będzie padać,
jedziemy na festyn, pierwszy tego lata plus niedaleko (super bo dwie mamy i czworo dzieci)








fajnie fajnie dużo się dzieje - są dmuchańce, trampoliny, lody, wóz strażacki do zwiedzania i inne







dmuchańce zaliczone,
malowanie twarzy musi być. Oli nie chce
Oli chce loda.
Hania na malowaniu, Oli z lodem.
Hania widzi, że Oli a loda no to foch, płacz, krzyk, lament.
Zaczyna kropić.
Postanawiamy przenieść sie na plac zabaw, bo wystarczy wydawania i może jakiś lunch gdzieś.





10 minut na placu zabaw - Oli wszystkim dokucza.
Zaczyna mocniej padać.
W okolicy jest tylko Fish and Chips, Costa, piekarnia i pare spożywczych - wszędzie tam to czego unikamy.
Idziemy szybkim krokiem do pobliskiego supermarketu.
Tam kanapki, pączki itp itd lub też gotowe zimne dania. Wspaniale!
Monia z chłopakami siedzą pałaszują a my się kręcimy w nadziei, że znajdę nie szajs do zapchania dzieci mych. Mam jogurty nasz ukochane  i batony musli.
Siadam, rozdaję. Chaos, zamieszanie, dzieciaki jedzą, szaleją.
Mam dość, nie będę jeść, byle szybko zjadły i do wyjścia i do domu. Koniec wycieczki.
Zjedzone. Otwierają się drzwi - ulewa, nawałnica. Szans, że zaraz ustanie  - zero.
Co tu robić? Musimy iść, bo rozniosą sklep a niewiadomo jaki czas czekania.
Idziemy. MASAKRA. 5 minut przemoknięci totalnie. Do przystanku dobre 10 minut spacerkiem. Zimno, mokro.








Jesteśmy w domu.
30 minut później rozpogadza się....